Materiały o Stefanie Lelku-Sowie pilnie poszukiwane

Stefan Lelek-Sowa (1885-1940) to jedna z bardziej zasłużonych dla naszego terenu postaci. W najbliższym numerze Nieśmiertelnika będzie można przeczytać mój krótki artykuł o nim. Chciałbym w tym miejscu zwrócić się do Szanownych Czytelników o pomoc w zgromadzeniu materiałów dotyczących Lelka-Sowy. Chcemy przygotować trochę większe “dzieło” dotyczące jego osoby. Z góry dziękuję za wszelką pomoc.

Ksiądz kapitan Władysław Tchórzewski (1909-1940?)

ksiadzWładysław Tchórzewski – prefekt Szkoły Powszechnej w Kraśniku, kapitan Wojska Polskiego, kapelan 24 Pułku Ułanów. Urodził się 12 października 1909 roku. Po maturze wstąpił do Seminarium Duchownego w Lublinie. W 1934 roku przyjął święcenia kapłańskie, a w 1937 roku został skierowany do parafii Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Kraśniku, gdzie pełnił obowiązki jej wikariusza i prefekta Szkoły Powszechnej (dzisiejsza Szkoła Podstawowa Nr 1). W 1939 roku wyruszył na wojnę wraz z 24 Pułkiem Ułanów. Najprawdopodobniej około 18 września w okolicach Lwowa odłączył się od macierzystej jednostki i dostał się do niewoli sowieckiej. Schematyzm lubelski za rok 1948 podaje jako datę jego śmierci rok 1940.
W 1999 roku Pan Wiesław Kamiński, były uczeń Księdza Tchórzewskiego, wraz z synami Krzysztofem i Jackiem ufundował pamiątkową tablicę, która została umieszczona w Szkole Podstawowej Nr 1 w Kraśniku. 20 września b.r. na cmentarzu przy Kościele Świętego Ducha w Kraśniku zostanie poświęcony symboliczny grób Księdza Władysława.
W Archikatedrze Lubelskiej na tablicy zawierającej nazwiska duchownych lubelskich zamordowanych przez Niemców w czasie II wojny światowej figuruje nazwisko księdza Tchórzewskiego. Brak jest natomiast dokumentów, które określałyby dokładne miejsce i datę śmierci. Skąd zatem pewność, że został zamordowany na “nieludzkiej ziemi”?
Otóż wspomniana wyżej tablica wg moich wiadomości została wmurowana przed 1989 rokiem, kiedy prawda o Katyniu była zwalczana przez władzę ludową. W świadomości starszych, rodowitych Kraśniczan jest silnie zakorzeniona pewność, że Ksiądz Władysław został zamordowany przez sowietów. Inny Kapłan Męczennik – Ksiądz Stanisław Zieliński pierwszą Mszę w odnowionym przez siebie w 1941 roku Kościele Świętego Ducha ofiarował w intencji szczęśliwego powrotu Księdza Prefekta z niewoli bolszewickiej. Spotkałem się z relacją, w której jej autorka twierdzi, że zimą 1940 roku będąc z matką u jednej z mieszkanek Kraśnika widziała u niej kartkę pisaną przez Księdza Tchórzewskiego z obozu w Starobielsku.
Dokumentów określających jednoznacznie miejsce i czas śmierci nie odnajdziemy zapewne nigdy. Ten symboliczny grób będzie kolejnym miejscem w naszym mieście, gdzie będziemy mogli oddać hołd naszym pomordowanym Rodakom. Natomiast Panu Wiesławowi Kamińskiemu – fundatorowi i uczniowi Księdza, który nie pozwolił zaginąć pamięci o swoim Prefekcie należą się wyrazy uznania i podziękowanie za ukazanie, jak należy pielęgnować pamięć o naszej przeszłości.

Poeta, który przyjaźnił się ze śmiercią

Dzisiaj mija 70. rocznica śmierci Józefa Czechowicza. Zginął w Lublinie od niemieckiej bomby. Poeta, moim zdaniem, tyle genialny, co nieodkryty i niezrozumiany. Jakoś tak nasuwa mi się analogia z uwielbianym przeze mnie Norwidem. Nazwałbym go też poetą-prorokiem. Jak inaczej ustosunkować się chociażby do tej strofy z Żalu napisanego w 1939 roku:

(…) tak chodzić tak oglądać sceny sny festyny
roztrzaskane szybki synagog
płomień połyskujący grube statków liny
płomień miłości
nagość
(…) i dziecko w żywej pochodni
i bombą trafiony w stallach
i powieszony podpalacz
ja czarny krzyżyk na listach

Pamiętając co się wydarzy parę miesięcy po napisaniu tego utworu i mając na uwadze samą śmierć poety trudno powstrzymać się od wrażenia, że widział nadciągającą pożogę “oczyma duszy”.
W rocznicę jego śmierci chciałbym jednak zamieścić na moim blogu inny wiersz. Chcę w ten sposób oddać hołd jego autorowi, jak i wyrazić swoje osobiste uczucia do takiego spokojnego, cichego wiejskiego życia (wiem, wiem, nie zawsze ono takie niestety jest).

Na wsi

Siano pachnie snem
siano pachniało w dawnych snach
popołudnia wiejskie grzeją żytem
słońce dzwoni w rzekę z rozbłyskanych blach
życie – pola – złotolite

Wieczorem przez niebo pomost
wieczór i nieszpór
mleczne krowy wracają do domostw
przeżuwać nad korytem pełnym zmierzchu

Nocami spod ramion krzyżów na rozdrogach
sypie się gwiazd błękitne próchno
chmurki siedzą przed progiem w murawie
to kule białego puchu
dmuchawiec

Księżyc idzie srebrne chusty prać
świerszczyki świergocą w stogach
czegóż się bać

Przecież siano pachnie snem
a ukryta w nim melodia kantyczki
tuli do mnie dziecięce policzki
chroni przed złem

Stanisław Łokuciewski ps. “Mały”, “Nieczuja” (1914-1973)

W związku z pewnymi pracami, o których niebawem napiszę, opóźnia się zamieszczanie kolejnych odcinków życiorysu por. “Małego”. Dzisiaj zamieszczę zaległą cz. II, a cz. III, będąca kontynuacją opowieści por. “Małego” o akcji na Stacji Kolejowej w Kraśniku pojawi się wkrótce. Za zwłokę przepraszam.

            Gestapowiec w rękach partyzantów

Stanisław Łokuciewski ps. “Mały”, “Nieczuja” (1914-1973), cz. II

            Lata okupacji niemieckiej

Początki pracy por. Łokuciewskiego w konspiracji są dość tajemnicze. Jest wiele spraw niejasnych, co nie dziwi zważywszy na tajny charakter podejmowanych działań. Młody oficer zaangażował się w działalność podziemną niemalże od samego początku okupacji. Nie będę tu opisywał jego kolejnych działań, z których wiele udaje się odtworzyć tylko na zasadzie hipotez. Myślę, że czytelnika tego bloga bardziej zainteresują działania podejmowane na naszym terenie. W tej części chcę przedstawić fragment wspomnień samego por. S. Łokuciewskiego z jednej akcji. W kolejnej części napiszę więcej o dowodzonym przezeń oddziale i jego walkach w Akcji “Burza”.
Na terenie Okręgu Lublin AK pojawia się po raz pierwszy w maju bądź czerwcu 1942 roku. Od tego czasu pseudonim “Nieczuja” zastepuje pseudonimem “Mały”. Rozkazem komendanta Okręgu płk Kazimierza Tumidajskiego ps. “Marcin” zostaje mianowany adiutantem komendanta Obwodu “Jemioła” (Kraśnik-Janów Lubelski) kpt. Ryszardzie Kaczkowskim ps. “Ryszard”. Jak sam wspomina po przybyciu na teren Obwodu zastał tam wielki bałagan i rozgardiasz. Po krótkim pobycie udaje się w jakimś bliżej nieznanym celu do Warszawy. Po powrocie we wrześniu zastaje nowego komendanta Tadeusza Wingerta ps. “Warta”. Pomaga mu przy zaprowadzeniu nowych porządków na podległym terenie. Funkcję adiutanta będzie pełnił aż do mianowania go dowódcą oddziału partyzanckiego. A teraz opis jednej z akcji zaczerpnięty ze wspomnień “Małego”.
Gestapowca, który mnie dwa razy poczęstował w plecy, spotykałem czasem przechodzącego w mieście i kątem oka starałem się zapamiętać jego wygląd. Liczyłem, że może nadarzy się okazja zapłacić mu za szturchaniec. Nietrudno było ,sobie go zapamiętać. Był przystojny i chodził bardzo starannie i elegancko ubrany. Zawsze w mundurze z przewieszonym pistoletem maszynowym przez ramię. Jak się dowiedziałem był jednym z oprawców, ale miał tą zaletę, że kochał pieniążki i złoto. I zawsze można go było przekupić.
Wyjazd do partyzantki spowodował, że zapomniałem o nim zupełnie. Los jednak pozwolił mi zetknąć się z nim jeszcze raz. (…)
Tak się złożyło, że któregoś dnia miałem wysłać patrol na stację kolejową [w Kraśniku przyp. J.C.]. Patrol miał czekać w umówionym miejscu nieopodal stacji na łącznika, który miał przyjechać z Warszawy i przywieźć mi trochę leków i środków opatrunkowych dla oddziału. Wykorzystałem tą okazję i osobiście pojechałem konno z patrolem na umówione miejsce.
Przyjechaliśmy na trzy godziny przed czasem przybycia pociągu i pozostawiliśmy konie i dwóch ludzi w lesie, dobry kilometr od stacji. Udaliśmy się na skraj lasu. (…)
Pogoda dopisywała więc na zmianę to drzemaliśmy w cieniu leśnego poszycia, to znów wygrzewaliśmy się na słońcu. Zawsze jednak dwóch ludzi obserwowało pilnie wyznaczone obiekty. Byłem bardzo śpiący więc w końcu postanowiłem się zdrzemnąć godzinę z tym jednak, że o ile obserwatorzy zauważą jakiś ruch w obrębie stacji lub na drodze mają mnie natychmiast obudzić. Otulony w pelerynę szybko usnąłem.
Musiałem zasnąć mocno, gdyż poczułem przez sen, że ktoś mnie dobrze tarmosi. Oczy jednak nie chciały się otworzyć i bezwiednie przez sen broniłem się przed tarmoszącymi mnie rękami. Kiedy jednak do ucha powiedziano mi magiczną wiadomość momentalnie byłem trzeźwy. Wiadomością to było: Niemiec na dworcu. Wzniosłem do oczu lornetkę. W szkłach ujrzałem znajomego mi gestapowca. Stał na peronie wystawiwszy twarz do słońca.
Już o niczym nie myślałem, tylko jak to zrobić, aby dostać go w swoje ręce. Patrzę na zegarek i stwierdzam, że o ile nie będzie opóźnienia, to pociąg za niecałe 15 minut powinien wtoczyć się na stację. (…)
Postanawiam, że z chwilą jak pociąg wtoczy się na stację ja wycofam się z jednym chłopcem w głąb lasu. Przebiegniemy lasem 150 metrów prawo i dojdziemy do sztapli za którymi ukryjemy się. (…) Pozostałym dwom ludziom polecam, aby ustawili rkm na stanowisko i w razie gdyby nie udało się nam zaskoczyć Niemca, a ten z kolei chciałby się wycofać do budynku stacyjnego mają strzelać i starać się go wtedy zlikwidować. (…)
Skończyłem wydawać polecenia i wyznaczyłem jednego z czterech ludzi, który miał iść za mną, gdy usłyszeliśmy z daleka gwizd pociągu.
Pociąg powoli wtacza się na stację. Ja z chłopcem wycofujemy się biegiem w głąb lasu. Przed odejściem uśmiecham się i macham ręką dwóm pozostałym “tatarom”(…).

Mimo długiego oczekiwania i odjazdu pociągu oczekiwany Niemiec nie pojawił się na ścieżce prowadzącej do domu jego kochanki. Por. “Mały” wysyła towarzyszącego mu “Mozyra” na rozpoznanie.
Palę znów papierosa i czekam na relację. Za chwilę otrzymuję zwięzły meldunek. Wszystko ["Mozyr"]wykonał, a nawet przyniósł wiadomości, że kiedy rozmawiał z łącznikiem w młodniku przyjechała już do nich łączniczka z WSK z paczką. Dowiedział się od niej, że gestapowiec wsiadł do pociągu i pojechał w stronę Rozwadowa. Tak jak ona relacjonowała zmienił ostatnio metody swoich grabieży. Bardzo rzadko obecnie przeprowadzał rewizje na stacji. Raczej wsiadał w pociąg, rabował pasażerów i potem wracał przeważnie pociągiem, który szedł z Rozwadowa do Lublina. (…) Co wobec tego robić? Postanowiłem czekać (…).
c.d.n.

Stanisław Łokuciewski ps. “Mały”, “Nieczuja” (1914-1973), cz. I

Byłem jednym z nich, trochę starszym, bardziej odpowiedzialnym, ale jednocześnie bardziej obciążonym odpowiedzialnością za ich młode głowy i serca.
Te słowa nie odnoszą się do mnie. Choć pracując z młodymi ludźmi może czasem miałbym podobne odczucia. Przytoczony wyżej fragment pochodzi ze Słowa wstępnego do wspomnień pozostawionych przez Stanisława Łokuciewskiego, oficera Wojska Polskiego, żołnierza Armii Krajowej, dowódcy oddziału partyzanckiego i więźnia sowieckich łagrów. Wielkiego Polaka i gorliwego patrioty. Dzisiaj chcę przedstawić pierwszą część jego życiorysu. Przedstawiając kolejne etapy jego życia będę opierał się w znacznej mierze na wiadomościach zawartych w mojej pracy proseminaryjnej napisanej w 2003 roku pod kierunkiem prof. dr hab. Mirosława Piotrowskiego, zatytułowanej Oddział Lotny obwodu kraśnickiego Armii Krajowej w latach 1943-1944 oraz na wspomnieniach samego “Małego”, które trafiły do moich rąk nieco później. Z góry będę wdzięczny za wszystkie komentarze, które wniosą coś nowego do życiorysu tej postaci albo skorygują ewentualne błędy. Kolejny odcinek w środę 8 sierpnia.

    W wolnej Rzeczypospolitej i w wojennej zawierusze 1939 roku

Stanisław Łokuciewski przyszedł na świat 5 sierpnia 1914 roku. Był to czas, kiedy świat rozkręcał wojenną machinę, która przeszła później do historii jako I wojna światowa. Dzień po jego narodzinach Pierwsza Kompania Kadrowa wyruszy z Oleandrów, co zapoczątkuje ostatni etap polskiego marszu do niepodległości. Te dwa wydarzenia można uznać jako symboliczne dla wtedy naprawdę małego Stasia (swój późniejszy pseudonim utworzy od wysokiej sylwetki, która na zachowanych fotografiach znacznie góruje nad innymi). Znaczna część życia upłynie mu na walce o wolną i suwerenną Polskę.
Niewiele wiemy o pierwszych latach jego życia i rodzinie. Pewne jest, że urodził się w rodzinie inteligenckiej. Miejsce urodzenia nie jest już tak jednoznaczne. Sam Łokuciewski podaje jako miejsce swojego urodzenia Petersburg. Natomiast Roman Bar ps. “Słowianin” w biografii por. “Małego” podaje Baku. W każdym bądź razie jest pewne, że przyszedł on na świat w głębi Rosji. Jakie wiatry zawiały tam jego rodziców nie wiadomo. Raczej nie była to jeszcze przymusowa ewakuacja, która dotknie później wielu mieszkańców Królestwa Kongresowego, których zaborca rosyjski wywiezie w głąb władztwa carów “chroniąc” w ten sposób przed zaborcą niemieckim i austro-węgierskim. Mogła ich tam pognać możliwość zarobienia pieniędzy, zrobienia kariery, ale też niepokorna dusza polska tylekroć powodująca zesłanie, czy więzienie. Wiadomo, że do Polski rodzina Łokuciewskich wróciła przed 1930 rokiem. Spotkałem się z wersją, że Stanisław był bratem Witolda Łokuciewskiego, polskiego pilota, członka słynnego Dywizjonu 303. Niestety dostępne życiorysy Witolda i jego ojca Antoniego (zamordowanego w Katyniu) nic o tym nie wspominają. Ale wiele wskazuje na to, że mógł być ich krewnym.
W wieku 16 lat wkracza na drogę służby wojskowej, którą będzie kroczył przez wiele lat a wierny jej pozostanie do końca życia. W 1930 roku wstępuje do Korpusu Kadetów nr 3 w Rawiczu. Konsekwentnie dąży do “marszałkowskiej buławy”, którą ponoć każdy żołnierz w plecaku nosi, ale 99% gdzieś ją po drodze gubi. W 1938 roku kończy Szkołe Podchorążych Piechoty w Komorowie k. Ostrowii Mazowieckiej.
W tym samym roku, jako świeżo upieczony podporucznik rozpoczyna służbę w 36 pułku piechoty Legii Akademickiej, który stacjonował w Warszawie. Niewiele wiadomo o jego życiu osobistym w tym czasie. Z pewnością poza obowiązkami służbowymi znajdował czas na rozrywki, które Stolica serwowała w nadmiarze. Według niepotwierdzonego źródła w tym czasie się ożenił, ale małżeństwo po krótkim okresie trwania zakończyło się rozwodem.

W rok po nominacji młody oficer stanął do pierwszego poważnego egzaminu. Wraz ze swym macierzystym pułkiem wchodzącym w skład 28 dywizji piechoty bierze udział w wojnie obronnej 1939 roku. Po walkach pod Wieluniem na czele kompanii osłaniał odwrót wycofujących się w kierunku Warszawy, wzdłuż linii kolejowej Żyrardów-Warszawa oddziałów. W miejscowości Brwinów natrafiono na bardzo silną i dobrze zorganizowaną obronę niemiecką, której nie zdołało przełamać trzykrotne polskie natarcie, w tym i na bagnety. Dowództwo podjęło wtedy decyzję o obraniu kierunku dalszego marszu na Kampinos-Modlin. Ponownie ppor. Stanisław Łokuciewski na czele swojej kompanii miał ubezpieczać oderwanie się pułku od nieprzyjaciela. Jednak po wykonaniu zadania kompania, z której zostało tylko 7 ludzi, nie mogła dołączyć do pułku. W okolicach Piaseczna nasz bohater dostał się do niemieckiej niewoli. Przewieziony do obozu w Żyrardowie podejmuje udaną próbę ucieczki. Jak pisał w swojej relacji po 27 godzinach niewoli zbiegł z niej na czele grupy ponad 100 żołnierzy, z których kilku niestety zginęło od kul pościgu. Była to pierwsza w jego życiu podjęta ucieczka z rąk wroga. Nie ostatnia. Honor oficera nakazywał podejmować próby ucieczki z niewoli. Ujawnia się tu również odwaga młodego oficera i zdolność do błyskawicznego podejmowania decyzji. Przedzierając się do Warszawy od strony pól wyścigowych ponownie dostaje się do niewoli. Nie do końca wiadomo, czy Niemcy zorientowali się, że mają do czynienia ze zbiegłym z niewoli oficerem, czy tez po prostu postanowili go upokorzyć. Rozebranego do naga pędzono przed niemieckimi samochodami w kierunku na Konstancin. W wyniku silnego ostrzału artyleryjskiego udało mu się ponownie zbiec.
Był koniec września 1939 roku. Dogasały już walki ostatnich regularnych oddziałów Wojska Polskiego. Łokuciewski udaje się do swojej rodziny zamieszkałej w Leśnej Podkowie. Nie siedzi z założonymi rękoma. Przegrana została jedna bitwa, ale wojna trwała nadal…

60. rocznica zamordowania mjr. Hieronima Dekutowskiego ps. “Zapora”

7 marca b.r. minęło 60 lat od morderstwa dokonanego przez komunistyczne władze na bohaterskich żołnierzach Polski podziemnej: mjr Hieronim Dekutowski “Zapora”, kpt. Stanisław Łukasik “Ryś”, ppor. Roman Groński “Żbik”, por. Jerzy Miatkowski “Zawada”, por. Edmund Tudruj “Mundek”, por. Arkadiusz Wasilewski “Biały”, por. Tadeusz Pelak “Junak”. Mordowani co kilka minut do końca zachowali niezłomną postawę.
Nasuwa mi się pewna analogia z postacią ks. Stanisława Zielińskiego: ci sami mordercy (chodzi mi tu oczywiście o instytucje i ideologię) i podobne opluwanie po śmierci. I o ile w przypadku księdza Stanisława można powiedzieć, że mamy to już za sobą, o tyle w przypadku “Zapory” i jego żołnierzy niestety nie. Co jakiś czas można przeczytać szkalujący ich artykuł, czy trzeba zmywać farbę z pomnika.
Niełatwe to były lata. Nie wszystko i po stronie “żołnierzy wyklętych” było świetlane i chwalebne. Ale musimy zdać sobie sprawę, że była to wojna, którą nie oni zaczęli a przeciwnik nie przebierał w środkach. I sprawa najważniejsza: spójrzmy, kto walczył o wolną Polskę, a kto utrwalał “władzę ludową” (co sami sobie na pomnikach chwalebnie kiedyś wypisywali).
Trudne to były lata. Sam jestem wnukiem “zaplutego karła reakcji” i “kułaka” w jednej osobie. Wiem na przykładzie własnej rodziny, jak takie osoby “honorowała” władza komunistyczna. Dlatego chylę przed Wami czoła Żołnierze Wyklęci, Żołnierze Niezłomni. A poniżej hymn “Zaporczyków”.

Maszerują cicho niby cienie
Poprzez lasy, góry, pola.
Niejednemu wyrwie się westchnienie,
Idą naprzód – taka ich dola.
I idą wciąż naprzód, bo taki ich los
i ani żal, ani tęsknota -
Z tej drogi zawrócić nie zdoła nic,
Bo to jest “Zapory” piechota.

    A gdy księżyc wyjdzie spoza chmury
    I nastanie cicha, piękna noc,
    To leśnej piechoty ciągną sznury.
    Widać wtedy siłę ich i moc.
    Choć twardą im była germańska dłoń,
    Do boju ich parła ochota
    I zawsze zwycięstwo musiało ich być,
    Bo to jest “Zapory” piechota.

Teraz za drugiego okupanta
Jeszcze nam nie oschła jedna krew.
Po zdradziecku sięga nam do gardła,
Na tajgi Sybiru chce nas wieźć.
Pomylił się Stalin, pomylił się kat.
A z nim ta zdziczała hołota;
Za Zamek, za Katyń, za Sybir, za krew
Zapłaci “Zapory” piechota.

P.S. W środę 18 marca b.r. odbędzie się spotkanie Towarzystwa Przyjaciół Armii Krajowej poświęcone “żołnierzom wyklętym” w tym także “Zaporze”. Wszystkich zainteresowanych zapraszam: godz. 16:30 plebania przy kościele Świętego Ducha w Kraśniku (ul. Narutowicza 31).