03/11/2009 @ 1:02 pm (Bliżej niż za siedmioma górami...)
Stoi ukryty pomiędzy drzewami na wysepce jednego z najruchliwszych punktów w naszym mieście. Setki kierowców mijając go każdego dnia nie zwraca nań uwagi. Mowa tu o jednym z najstarszych pomników w naszym mieście, znajdującym się u zbiegu ulic J. Piłsudskiego i T. Kościuszki. Dla uczestników miejskich uroczystości znany jest jako częste miejsce zawracania pochodów.
Został odsłonięty w 1917 roku. Zbliżając się do świtu wolności społeczeństwo Kraśnika uczciło wtedy setną rocznicę śmierci Naczelnika. Sądząc po zachowanych fotografiach obchody były bardzo uroczyste i zgromadziły liczne rzesze mieszkańców miasta, a można i przypuszczać, że okolicznych wiosek.


To miejsce kryje też zapewne swoją tajemnicę. Zastanawiający jest fakt, dlaczego w 1917 roku pomnik stanął właśnie w tym miejscu. Wtedy były to już obrzeża Kraśnika. Czy nie lepszą lokalizacją byłby Rynek, na którym za kilka lat stanie inny pomnik? Albo teren przy kościele WNMP (wg niektórych podań w klasztorze miał przebywać Tadeusz Kościuszko)? O ile udało mi się dobrze ustalić, to pomnik poświęcony Powstańcom Styczniowym już tam wtedy stał więc i jeszcze jeden niewielki obiekt by się tam zmieścił.
Rozwiązanie zagadki być może znajduje się w polecanej już wcześniej na tym blogu książce Miejsca Pamięci Powstania Styczniowego w województwie lubelskim autorstwa A. Polskiego i A. Kasprzaka. Na stronicy 147 znajdujemy tam takie słowa: (…) wg przekazów pokoleniowych, kilku powstańców pochowanych jest w miejscu obecnego pomnika Kościuszki, w centrum miasta przy placu Wolności (…) Jeżeli pominiemy błędną lokalizację pomnika Naczelnika Kościuszki, to jesteśmy chyba bliscy rozwiązania zagadki. Skoro w książce wydanej współcześnie znajdujemy informację wg przekazów pokoleniowych, to o ile te przekazy musiały być żywsze, dokładniejsze i bardziej w świadomości społeczeństwa zakorzenione w czasach, gdy pamięć powstańczego zrywu była bardzo żywa, gdy spotkanie na ulicy jego uczestnika nie było czymś niezwykłym. Czcząc pamięć Kościuszki, oddano również hołd pochowanym tam powstańcom.
Nasuwa mi się jeszcze jedna myśl. Trochę przez analogię do Lublina. Dlaczego właśnie tam pochowano poległych? I właśnie: czy aby poległych? Miejsce położone przy wyjeździe z miasta obok ruchliwego szlaku. Doskonały teren na postawienie szubienicy i egzekucję. Przecież złapanych powstańców władze carskie mordowały nie tylko z zemsty, ale też by ten przykład działał odstraszająco na innych. A później po cóż się trudzić z wiezieniem ciał gdzieś daleko. Niech bezimienny grób będzie przestrogą dla kolejnych pokoleń Polaków, że z carem i Rosją nie ma żartów.
Minie nie tak dużo czasu i w pobliżu tego miejsca będzie działało w podobnym duchu Gestapo, NKWD i UB. Polaków losy…
To oczywiście tylko pewne domysły oparte na luźnych przesłankach. Ale tak właśnie tworzy się historię. Być może ktoś dysponuje jeszcze jakimiś wiadomościami na ten temat. Zachęcam do dzielenia się nimi. Może kiedyś ustalimy co skrywa pod sobą płyta poświęcona Tadeuszowi Kościuszce.
Dodaj komentarz
29/10/2009 @ 11:17 am (Aktualności, Bliżej niż za siedmioma górami...)
W ubiegłym roku w związku z okrągłą rocznicą odzyskania niepodległości przygotowaliśmy wspólnymi siłami Archiwum i Biblioteki wystawę zatytułowaną Kraśnickie drogi do niepodległości. Cieszyła się ona dużym powodzeniem. Jej otwarcie zgromadziło znaczną liczbę publiczności. W tym roku na jej bazie przygotowałem cykl prelekcji. Zapraszam wszystkie zorganizowane grupy do umawiania się ze mną na jakiś wolny termin. Można to zrobić za pośrednictwem którejś z naszych placówek. W tej chwili mam już zarezerwowany 6 i 9 listopada – zapraszam wtedy w godzinach przedpołudniowych do Biblioteki Głównej na ul. Koszarową 10A. Będzie też w tych dniach możliwość obejrzenia tej wystawy. Ale każdy inny termin też jest możliwy.

Do poszczególnych fragmentów tej wystawy będę się też odwoływał przez cały listopad. Teraz tylko napiszę, że chciałbym żeby ten właśnie miesiąc na blogu był przepełniony refleksją i możliwością złapania oddechu poprzez zatrzymanie się, zamyślenie itp.
Dodaj komentarz
17/09/2009 @ 9:19 pm (Bliżej niż za siedmioma górami...)
W pierwszych dniach października 1939 r. przez Zakrzówek przejeżdżało 5 czołgów sowieckich. Wycofywały się one za Bug zgodnie z układem sowiecko – niemieckim z dnia 28 września 1939 r. Żołnierze Armii Czerwonej byli owacyjnie witani czerwonymi makami przez część miejscowej biedoty żydowskiej i niektórych Polaków. Kilka osób z wiwatującego tłumu przyłączyło się do czołgistów by szukać szczęścia i lepszego życia w Związku Radzieckim. Więcej już o nich w Zakrzówku nie słyszano.
I wśród mieszkańców Zakrzówka, którzy pamiętają to wydarzenie przedstawiciele ojczyzny proletariatu nie zrobili najlepszego wrażenia. Społeczeństwo, które było wychowywane na kulcie armii, przywykłe do eleganckich mundurów, kulturalnego zachowania oficerów i ogólnie dobrej prezencji żołnierzy II RP ze zgrozą i pogardą patrzyło na zaniedbanych krasnoarmiejców, przypominających bardziej strachy na wróble, którzy karabiny nosili na sznurkach i oskarżali o sabotaż Polaków, w domach których woda w sedesie za szybko leciała i uniemożliwiała umycie się (patrz chociażby wspomnienia prof. Karoliny Lanckorońskiej).
Znam z relacji jeszcze jeden ciekawy epizod z pobytu we wrześniu 1939 roku w Zakrzówku Armii Czerwonej. Na okolicznych polach stała grusza. Taka sobie typowa polska, dzika na miedzy wyrosła. Drzewo okazałe, ale owoce do niczego. Małe i niesmaczne, bardzo cierpkie w smaku. Amatorów na nie nigdy nie było. Ale wychowany w socjalistycznym dobrobycie wyzwoliciel ludu pracującego miast i wsi zapragnął nieco innego smaku niż kawior i szampan, którym na co dzień się żywił. Tak bardzo zapragnął, że na wspomnianej gruszy jeno się kilka liści ostało. Wszystko pozostałe powędrowało do brzuchów dzielnych “bojców”…
2 komentarzy
14/09/2009 @ 8:28 am (Bliżej niż za siedmioma górami..., Przemyślenia i refleksje :))

Powyższe zdjęcie nie jest dowodem na to, że w uroczej rzece Bystrzycy zagnieździły się hipopotamy 
W lipcu zachęcałem do dzielenia się na tym blogu propozycjami miłego spędzenia czasu w naszym mieście i jego okolicy. Niestety pozostało to bez echa
Nie wnikam dlaczego. Ale chcę ponowić prośbę. Nawet jeżeli ktoś nie ma ochoty na pisanie komentarzy, to warto poznawać nasze urokliwe okolice i przynajmniej obserwować ile się w nich zmienia. Ot chociażby powyższe zdjęcie. Jeszcze kilka lat temu w miejscu w którym było zrobione i o porze w której tam byliśmy roiło by się od amatorów kąpieli w zimnych, ale czystych i przyjemnych wodach Bystrzycy. Teraz nie było nikogo. A jeszcze nieco więcej lat temu, gdy piszący te słowa był małym dzieckiem (wbrew twierdzeniom niektórych złośliwców nie było to w czasach, gdy przodki nasze na mamuta urządzały polowanie
) plaża i zejście do rzeki znajdowały się na drugim brzegu. Jedno miejsce a tyle zmian w krótkim okresie czasu.
Był taki mądry człowiek pochodzący z Efezu. Heraklit mu było na imię. Wiecie o czym chcę napisać? Dokładnie. Panta rhei. Wszystko płynie. Wszystko przemija. Ale warto te zmiany obserwować. Bywają bardzo pouczające i dokształcające. Dlatego jeszcze raz zachęcam: miejcie oczy i uszy otwarte nie tylko dlatego, żeby na Urzędowskiej nie wpaść pod samochód.
Czego uczą nas te zmiany? Że nie warto przywiązywać się do rzeczy materialnych i do doczesności, bo wszystko mija. I nieprawdą jest, że można z tym walczyć, że można te procesy zatrzymać. Heraklit mówił, że wszystko się zmienia z wyjątkiem samego prawa zmiany. Mądrym człowiekiem był.
Dodaj komentarz
07/09/2009 @ 10:20 am (Bliżej niż za siedmioma górami...)
Dzisiaj krótka relacja z naszego wczorajszego spaceru. Może to być jednocześnie propozycja dla osób preferujących aktywny wypoczynek. Na początek trochę “danych technicznych”. Wyszliśmy z pełnymi brzuszkami po niedzielnym obiedzie, cała trasa zajęła nam 4 godziny. Straty: kilka herbatników, batoników, trochę paluszków solonych i kilka mililitrów płynów noszonych w plecakach. Korzyści: dobra atmosfera, regeneracja sił i wspaniałe doznania wewnętrzne spowodowane pięknymi widokami. Dodam tylko, że nóżki nie bolały wcale 
A teraz przebieg trasy. Wyruszyliśmy ulicą Janowską w kierunku Stróży. Wszyscy, którzy mają pojęcie o ruchu panującym na tej trasie już się pewnie domyślają, że pierwszy etap był niezbyt ciekawy. Następnie na skrzyżowaniu w Stróży skręciliśmy w prawo. I tak polną droga dotarliśmy do szosy Kolonia Stróża-Stacja Kolejowa. Maszerując tędy mieliśmy właśnie najpiękniejsze widoki na całej trasie. Po przekroczeniu wspomnianej wyżej szosy zagłębiliśmy się w las. Idąc przez niego odnosiłem wrażenie, że bytują w nim dwa gatunki: na brzegu lasu ludzie (mnóstwo śmieci, brud, smród i w ogóle nasza kochana cywilizacja – jednym słowem wstyd i hańba) oraz wewnątrz kniei dziki (ślady rycia i kąpieli w kałużach na drodze – ech ta swojskość natury).
Przystanek pierwszy – cmentarz leśny z czasów I wojny światowej. Można do niego dojść idąc wzdłuż torów w kierunku Kolonii Góry. Niewielkich rozmiarów jest jeszcze jednym przypomnieniem krwawych wydarzeń rozgrywających się w roku 1914 i 1915 na naszym terenie.
Przystanek drugi: mogiły katastrofy kolejowej z września 1939 roku. Aby do nich dotrzeć trzeba poruszać się dalej wspomnianą wyżej trasą. Mogiły są zlokalizowane po obydwu stronach torów. Ustawiono już na nich pamiątkowe tablice z wyrytymi nazwiskami ofiar (tych zidentyfikowanych) oraz ilością ciał niezidentyfikowanych. Jutro (8 września) odbędą się uroczystości w tym miejscu. Bliższe informacje można uzyskać, o ile się orientuje, w Urzędzie Gminy Kraśnik.
Wspomniane wyżej miejsca są zadbane, za co chwała osobom, które wzięły na siebie odpowiedzialność za nie.
Przystanek trzeci: małe bajorko leżące na naszej trasie powrotnej. Chwila wytchnienia i dzielenia się wrażeniami oraz ponownej refleksji nad współczesnym człowiekiem (ślady ogniska, puszki po piwie itp.)
Zachęcam do podobnych spacerów. Wrzesień zapowiada się ładnie, w październiku także może pogoda dopisać. Jeżeli ktoś będzie chciał się podzielić wrażeniami, opisać ciekawą trasę to służę własnym blogiem
My z pewnością jeszcze gdzieś w tym roku się wybierzemy, a ja skorzystam z własnej propozycji i napiszę coś znowu
I obiecuję, że weźmiemy tym razem aparat
Dodaj komentarz
20/07/2009 @ 9:57 pm (Bliżej niż za siedmioma górami...)
Tydzień temu pisałem o urokach nadbystrzyckich łąk. Dziś chcę się przenieść nad znacznie większą rzekę – Wisłę. Drugą miejscowością, z którą od dzieciństwa jestem związany jest Piotrawin. Ta miejscowość leży wprawdzie w powiecie opolskim, ale pozwolę ją sobie zareklamować. Dużo można by o niej pisać. Bardzo stara gotycka świątynia, spacer nad Wisłą w stronę Kaliszan do uroczych kamieniołomów, czy wyprawy do nieco bardziej odległego lasu. To wszystko warte polecenia. I to wszystko można znaleźć w wielu przewodnikach.
Ja jednak lubię tam jeździć jeszcze z jednego powodu. To stare gniazdo mojej rodziny. Ale to też miejsce związane z różnymi dziwnymi wydarzeniami, zjawiskami i zjawami. Czy jest jeszcze jakaś miejscowość, powstaniu której towarzyszyły drzewa rosnące do góry korzeniami, raj rozkwitający na pobliskich wzgórzach i wskrzeszenie z martwych, by dać świadectwo prawdzie? Wiele jest różnych legend, podań i opowieści związanych z tym terenem. Szczególnie lubię tam noce. Dlaczego? Z kilku powodów.
Świadomość, że niedaleko za Wisłą są ruiny zamku w Solcu, wśród których nimfy wodne wiłami zwane może dalej poszukują swej towarzyszki, która ujrzawszy słońce w ziemską zamieniła się dziewicę, budzi ten cudowny dreszczyk tajemniczości oraz świata dawnych podań i przesądów. Kto wie, czy spacerując wieczorem brzegiem Wisły i słysząc plusk wody, słyszymy aby na pewno rybę? Kto wie. Zbyt bardzo współczesny człowiek ufa tylko mędrca szkiełku i oku.
Albo taka opowieść, którą można było usłyszeć z ust mojego Dziadka. Ja znam ją z przekazów rodzinnych. To krwawa opowieść. W czasach pierwszej wojny światowej w Piotrawinie stacjonował na wzgórzu (tu gdzieś jak obecnie wznosi się remiza strażacka) gwardyjski pułk carski. Po drugiej stronie stacjonowała rosyjska artyleria dowodzona przez oficera niemieckiego pochodzenia, który zdradził. Skutkiem tego było otwarcie ognia do swoich wojsk stojących na drugim brzegu. Doszło do wielkiej masakry, której kres położył kozak. Przeprawił się on konno na drugą stronę i zabił zdrajcę oficera. Czy wiedząc o tym i spacerując wieczorem w tamtej okolicy nie usłyszymy jęku rannych i umierających. A może zjawa w mundurze poprosi nas o łyk wody. Kto wie.
Piotrawin to wieś, która się wyludnia. Ale jest coraz więcej osób, głównie artystów, którzy tu szukają wytchnienia i natchnienia. Wybieram się tam na kilka dni podczas urlopu. I już dziś powtarzam sobie: Miej serce i patrzaj w serce!
Dodaj komentarz
13/07/2009 @ 1:03 pm (Bliżej niż za siedmioma górami...)
Dzisiaj chcę zaprosić do odkrycia mało znanych zakątków górnego biegu rzeki Bystrzycy. Ta rzeka, z którą łączą mnie osobiste sentymenty, jest bardziej znana ze swojego dalszego odcinka, w którym tworzy Zalew w Zemborzycach, by później przetoczyć swe wody przez Lublin. Ja jednak najbardziej lubię ją w jej początkowym biegu – w Sulowie, Zakrzówku i Bystrzycy. Pozwolę sobie teraz przytoczyć fragment jej opisu zamieszczonego w Słowniku Geograficznym Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich. Ta dziewiętnastowieczna publikacja jest wprost nieocenioną skarbnicą wiedzy. Zachęcam przy okazji do skorzystania ze sporządzonego w 1974 roku wyciągu, który dotyczy województwa lubelskiego. Jest oczywiście w naszym księgozbiorze regionalnym 
(…)brzegi rzeki są strome, stałe, suche,(…) dno rzeki piaszczyste. Nizina po największej części torfowa, w wielu miejscach rozbłocona, a to głównie z powodu podniesienia wody na młyny. (…) Okolice tej rzeki mają grunta urodzajne, złożone z próchnicy i części glinki; lądy nadbrzeżne płaskie, znacznie wyniesione nad powierzchnię wody; zalewy wiosenne nie dochodzą dalej jak na pół wiorsty, są krótkotrwałe, niezrządzają szkód: owszem przyczyniają się do użyźnienia łąk, których nad rzeką tą znaczna znajduje się obfitość.
No właśnie. Łąki. Te tak dobrze mi znane z mojego dzieciństwa szerokie, zielone, w oczach dziecka zdawały się bezkresne i z powodzeniem zastępowały sienkiewiczowskie Dzikie Pola. Ile zabaw, ile miłych chwil tam spędziłem. I te urocze bagienka, z małymi wyspami porosłymi olszyną. Nieocenione miejsce do budowy szałasów i “tajnych baz”
. Brzegi wzgórza, na którym jest nasze gospodarstwo, były niezalesione, na miękkiej i pachnącej trawie pasły się krowy, a w zimę pierwszorzędnie zjeżdżało się po stromych zboczach na workach wypełnionych sianem. Łezka w oku się kręci na tamte wspomnienia.
W ostatnią sobotę postanowiłem wybrać się na spacer po tych rzadko odwiedzanych zakątkach. Na dół zszedłem bez problemu, ale tylko poruszając się w granicach własnej działki. U sąsiadów te nagie niegdyś stoki porasta prawdziwy busz, w którym dominują samosiejki akacji. Dalej było już trudniej. Łąki są w większości niekoszone i niewypasane. Ciężko się po nich porusza. Ogólnie trudno tam zaprosić turystów i nie narazić się na zarzut wyprowadzenia w chaszcze.
Powyżej zamieściłem zdjęcie kapliczki z 1906 roku znajdującej się we wsi Bystrzyca (dodam Zakrzowska dla lepszej orientacji). Przez wiele lat do tego miejsca przynosiliśmy z moją Babcią pokarmy na stół wielkanocny i tu odbywało się ich poświęcenie. Za wspomnianą kapliczką znajduje się skrzyżowanie. Jadąc od strony Zakrzówka po prawej stronie widzimy w oddali budynki zlokalizowane na terenie byłego dworu w Nowym Zakrzówku. Ja zachęcam do skręcenia w lewo. Wyboista, słabo utwardzona droga doprowadzi nas do mostu na Bystrzycy (tzw. “żelazny most” w odróżnieniu od starego, stojącego kiedyś w tym miejscu drewnianego). Warto zatrzymać się na tym moście i wsłuchać w szum małego wodospadu znajdującego się pod nami. Przed mostem znajduje się zejście do źródła, z którego woda ma niepowtarzalny smak, a za mostem natrafimy na rozlewisko po starym młynie. Zmiana na plus, którą obserwuje jest taka, że woda w Bystrzycy na moim ulubionym odcinku jest jakby z roku na rok czystsza. I dalej można zaszyć się w jakimś cichym zakątku, wsłuchać w szum wody, szelest drzew i śpiew ptaków. I marzyć. Snuć marzenia nad Bystrzycą. Wszystkim życzę ich spełnienia.
Dodaj komentarz
06/07/2009 @ 1:41 pm (Bliżej niż za siedmioma górami...)
Robert Przegaliński w swoich Opowiadaniach o mieście Kraśniku i okolicy wydanych w 1927 roku pisze na stronicy szóstej: Może byli jacy Krystynowie rządcami królewskiego zamku Kraśnika i odnosili jakie zwycięstwa tutaj nad Tatarami czyli Mongołami, którzy tędy szli w 1241 roku ku Wiśle aż pod Lignicę, o czem Paprocki i Kraiński opowiadają (…)
Jak było w rzeczywistości pewnie nigdy się nie dowiemy. Rozgromił jakiś waleczny Krystyn pod murami kraśnickiego zamku Tatarów czy nie, grunt, że spacerując w okolicach zamczyska można sobie wyobrażać różne wydarzenia, które tu miały miejsce. Najeżdżali nasze miasto Tatarzy, Kozacy i Szwedzi. Bombardowali go Niemcy. A po wojnie władza robotniczo-chłopska wyburzyła wiele elementów starej zabudowy zastępując je nowymi budowlami, które tak się komponują z otoczeniem, jak Mein Kampf Hitlera z Ewangelią.
Słowo krasny oznacza przecież piękny, tylko ten urok trzeba wydobyć. Dlatego bardzo ucieszyłem się 1 lipca, kiedy na sesji Rady Miejskiej został jednogłośnie przyjęty Lokalny Program Rewitalizacji Miasta Kraśnika na lata 2007-2015. Jest tam też mowa o remoncie głównej siedziby Biblioteki, stąd moja obecność na środowej sesji. Ale znajduje się w nim również wiele innych ciekawych propozycji i pomysłów. Oczywiście wszelkie plany mają to do siebie, że są realizowane albo nie. Cieszyłbym się gdyby przynajmniej połowa z podjętych zamierzeń została zrealizowana. Ale nie kraczę, tylko trzymam kciuki.
Jest tam m.in. mowa o planach związanych ze wzgórzem zamkowym. Oprócz remontu pobliskiego amfiteatru znalazł się również projekt pod nazwą Odsłonięcie wzgórza zamkowego w Kraśniku. Zakłada on uporządkowanie zieleni, budowę tarasu widokowego, utworzenie miejsc spacerowych oraz wykonanie iluminacji świetlnych. Dodajmy do tego rewitalizację znajdującego się w pobliżu Parku Jordanowskiego i z pewnością odsłoni się atrakcyjność tego miejsca, a pobliskie chodniki nie będą się zapełniały tylko w dni targowe i niedzielę w godzinach Mszy świętych.
Co dzieje się w pozostałe dni pisać chyba nie muszę. Spacerując po Parku ma się wrażenie, że przed kilkoma minutami Krystyn skończył gromić tam Tatarów. Zresztą często można tam spotkać znużonych wojów siedzących na ławeczkach i ucztujących po odniesionym zwycięstwie. Po wejściu na zamczysko odczuwa się nie tylko brak Szwedów, ale i budowli, które zniszczyli. Ja ilekroć tam jestem muszę wysilić wyobraźnię, żeby przenieść się w gwar zamkowych komnat i wyzwolić się z wrażenia, że oto jestem w świętym gaju, do którego wstęp mają tylko kapłani Bachusa bądź Wenery.
Najazdy Tatarów były porównywane do kilka wieków wcześniejszej pożogi wznieconej przez Hunów. Ich przywódcę Attylę nazywano “biczem bożym”. I współcześnie widać kontynuację dawnych najeźdźców i niszczycieli. Obecni barbarzyńcy niczym im nie ustępują. Aż się prosi jakiś współczesny Krystyn, który by ich przepędził.
A wracając jeszcze na koniec do planów zagospodarowania wzgórza zamkowego. Mam tylko nadzieję, że uda się uniknąć kiczowatości. Jako historyk parę zamków, czy ich resztek w życiu widziałem. I muszę przyznać, że ruiny np. w Chęcinach niosą za sobą powiew przeszłości, czego nie można powiedzieć o zamku w Trokach, pięknie odbudowanym przez Litwinów, ale będącym tylko rekonstrukcją bez duszy.
Życzę sobie i mieszkańcom Kraśnika, by tu “bliżej niż za siedmioma górami” więcej było “Krystynów” niż barbarzyńców.
Dodaj komentarz
29/06/2009 @ 12:12 pm (Bliżej niż za siedmioma górami...)
Wpisy w tej kategorii zacznę od miejscowości, która obecnie nie leży w powiecie kraśnickim. Ongi inaczej bywało. Niemniej związki z naszym terenem są bardzo silne. Mam tu na myśli Bożą Wolę. To wioska położona w bardzo urokliwym terenie. Krajobraz i powietrze sprzyjają odpoczynkowi. Bliska odległość (20 km od Kraśnika) sprawia, że może to być doskonałe miejsce na niedzielny wypad. Szczególnie polecam położone w sąsiedniej Dębinie gospodarstwo agroturystyczne Państwa Kałużów http://www.debina.agrowakacje.pl/. Mnie osobiście najbardziej zawsze urzekał drewniany kościółek z I poł. XIX wieku.

Kościół parafialny pw. św. Antoniego Padewskiego w Bożej Woli
Te dwie wsie – Boża Wola i Dębina mają piękne patriotyczne tradycje. Wspomnę tu tylko o tym, że w czasie okupacji hitlerowskiej były one bazą dla Lotnego Oddziału Partyzanckiego Obwodu Jemioła (Kraśnik-Janów Lubelski AK). Jego dowódcą był. por. Stanisław Łokuciewski ps. Mały, o którym więcej już w najbliższą środę. Do związanych z tym wydarzeń będę pewnie jeszcze wielokrotnie nawiązywał. Dziś chciałem przedstawić wydarzenia, które rozegrały się na tym terenie 12 i 13 maja 1944 roku. Dość mało jeszcze w naszej historiografii poświęca się miejsca wzajemnym relacjom, które panowały pomiędzy podziemnymi organizacjami niepodległościowymi a podziemiem komunistycznym. Poniżej zamieszczam fragment artykułu Pana Dariusza Miącza dotyczący operacji oddziałów AK i NSZ przeciwko komunistycznemu oddziałowi dowodzonemu przez Bolesława Kaźmieraka vel Kowalskiego ps. Cień, oficera GL-AL, później pułkownika Ludowego Wojska Polskiego, pospolitego bandytę i mordercę wielu członków podziemia niepodległościowego. Zresztą kiedyś poświęcę mu na tym blogu nieco więcej miejsca. Wspomniany wyżej artykuł w całości ukaże się w najnowszym numerze Czuwania, nad którym prace idą bardzo powoli (nie ukrywam, że głównie z mojej winy, gdyż finalizując doktorat nie poświęcam temu czasopismu tyle czasu ile bym chciał).
12 maja, na wschód od Zakrzówka, w rejonie wsi Boża Wola, 30-osobowa grupa z oddziału „Cienia” dowodzona przez podporucznika AL Jana Nowaka „Wicher” spostrzegła żołnierzy por. Łokuciewskiego „Małego”, którzy udali się na zwiad konny. Komuniści wracali z ponownego rabunku majątku Józwów. Meldunek AK donosi:
“Wieczorem 12/13.V.44 r. oddział PPR pod d-twem [dowództwem] Cienia bez uprzedzenia i pytania zaatakował zwiad konny oddziału AK na granicy wsi Majdan Starowiejski, [Rudnik II] i Dębina. Oddział por. Małego, osłaniany zaatakowanym zwiadem, przystąpił do ostrej akcji obronnej. Wywiązała się ostra walka, w czasie której pod ogniem oddziału por. Małego oddział PPR-u porzucił tabor, a z nim zrabowany sprzęt, należący do oddziału mjr. Zęba oraz rzeczy będące własnością majątku Józwów. Rozproszony oddział PPR-u wycofał się w kierunku wsi Boża Wola i tam zgrupował się ponownie”.
Prawdopodobnie po pierwszej wymianie ognia „Mały” posłał po posiłki do mjr. Zęba. Takie posunięcie zapewniło niemal błyskawiczne przejęcie inicjatywy i spowodowało, że po stosunkowo krótkiej walce AL-owcy zostali rozgromieni i w rozsypce wycofali się do Bożej Woli . Z tej miejscowości pobici komuniści, uzupełniwszy braki kadrowe pozostałymi członkami grupy Bolesława Kowalskiego „Cienia” (łącznie ok. 90 osób), wyruszyli około 3 nad ranem następnego dnia (13 maja) z zamiarem szybkiego odwetu za wydarzenia dnia poprzedniego. Mieszkańcy Bożej Woli otwarcie sympatyzowali z podziemiem niepodległościowym, co mogło przesądzić o przyspieszonym wymarszu komunistów .
„Cieniowcy” wkrótce zostali zaatakowani przez 50-osobowy oddział Narodowych Sił Zbrojnych por. Leona Cybulskiego „Znicza”, dowodzony przez mjr Zub-Zdanowicza „Zęba”. AL-owcy okazali się mocniejsi liczebnie oraz podrażnieni wcześniejszym niepowodzeniem. Na szczęście stopniowo do walki włączały się kolejne oddziały polskiego podziemia niepodległościowego: grupa por. „Małego”, placówka AK z Dębiny, oddział por. Kazimierza Boduszyńskiego „Emira” i kompania szkoleniowa por. Brunona Sychowskiego „Juhasa”. Połączone siły AK i NSZ uporały się z komunistami, którzy odnosząc pokaźne straty zaczęli wycofywać się z Bożej Woli i chcąc utrudnić pościg lub z zemsty na miejscowej ludności podpalili kilkanaście gospodarstw. Razem zniszczono jedenaście zagród w całej wsi . Straty po stronie komunistycznej nie są dokładnie znane. W czasie walk „Cień” został ranny w rękę . Było też kilku zabitych z jego oddziału podczas walki. Dwóch, którzy odłączyli się od oddziału, schwytał „Znicz” nadciągający wieczorem 13 maja na spotkanie z „Zębem”. Jednego z nich rozstrzelano a drugiego powieszono na kominie spalonego w Bożej Woli domu . Pościg trwał i gdy wydawało się, że nastąpi ostateczne rozwiązanie kwestii „Cienia”, oddziały AK i NSZ wycofały się z działań z powodu rozkazu przełożonych, który zakazywał im podejmowania jakichkolwiek kroków przeciwko oddziałom Armii Ludowej .
Dzięki takiej decyzji komendanta Okręgu Lublin AK płk Kazimierza Tumidajskiego „Marcina” grupa Bolesława Kowalskiego „Cienia” wymknęła się z zastawionej przez niepodległościowców pułapki. Była to prawdopodobnie najlepsza okazja do zlikwidowania oddziału AL, który tak bardzo dawał się we znaki AK-owcom.
Dodaj komentarz