Z Horodła do Kraśnika – zwykłe Polaków losy

Poniżej zamieszczam fragmenty wspomnień Pani Stanisławy Michałowskiej
(1 grudnia zamieściłem wiersz, którego nauczyła się w dzieciństwie i do tej pory doskonale go pamięta). Pełny tekst spisany przez Panią Zofię Kamińską pojawi się w nowym numerze Czuwania.
Prezentowany życiorys wydał mi się tak typowym dla tysięcy polskich rodzin żyjących w XX wieku, że postanowiłem go zamieścić. Myślę, że nietrudno skonfrontować niektóre fakty z życia Pani Stanisławy ze słowami wiersza, który nosiła w sobie od dziecka.

„Dziękuję Panu Bogu za wszystko”
Nazywam się Stanisława Michałowska. Mam 87 lat. Urodziłam się w Horodle w powiecie hrubieszowskim jako siódme, najmłodsze dziecko Zofii (z d. Majewska) i Stanisława małżonków Topolskich.
Rodzice moi zajmowali się rolnictwem, posiadali 33 mórg ziemi we wsi Kopyłów koło Horodła. Do szkoły powszechnej – do 11 roku życia – chodziłam w Kopyłowie a potem rodzice umieścili mnie na stancji we Włodzimierzu Wołyńskim. Tam chodziłam do 5 i 6 klasy szkoły żeńskiej. W tym czasie rodzice przeprowadzili się do miejscowości Podberezie w powiecie Horohów. Oprócz ziemi rodzice zakupili młyn.
We Włodzimierzu Wołyńskim jak i w Horohowie mieszkali głównie Polacy i żyli obok siebie również w mniejszości Ukraińcy i Żydzi. Każdy chodził do swojego kościoła.
Był kościół rzymskokatolicki, grekokatolicki, cerkiew prawosławna i synagoga. W sobotę żydowskie dzieci do szkoły nie przychodziły. Pamiętam, że panowała wzajemna życzliwość i zrozumienie.
W niedzielę uczennice przychodziły pod szkołę ubrane w granatowe plisowane spódniczki i granatowe z białym kołnierzykiem bluzeczki. Parami, wraz z nauczycielką szłyśmy do kościoła farnego. Tak uroczyście uczestniczyłyśmy co tydzień we Mszy świętej.
Do gimnazjum w Horohomie chodziłam tylko 2 lata. Była to szkoła koedukacyjna. Pamiętam takie wydarzenie.
Była wolna godzina lekcyjna. Do klasy wszedł dyrektor szkoły i zauważył ucznia, który z gorąca zdjął marynarkę. Do dziś pamiętam nazwisko tego ucznia i słowa dyrektora: „Rumowski! Jak jesteś ubrany? Tu jest szkoła. Tak się nie chodzi”.
W latach 1936-37 rodzice przenieśli się do Sosnowicy koło Parczewa i tu skończyłam gimnazjum o kierunku handlowym. Jeden z moich braci, Wacław – pracował w wojskowości we Włodzimierzu Wołyńskim i w Kownie.
W czasie II wojny światowej walczył w szeregach podziemnej Armii Krajowej (między innymi wyrabiał osobom prześladowanym dokumenty). Po wyzwoleniu został aresztowany, przesłuchiwany, maltretowany i przetrzymywany w więzieniu na Zamku Lubelskim. Po wyjściu z więzienia ważył 36 kg. Brodę siwą miał do pasa i głębokie. Trwałe ślady na ciele i duszy.
W Parczewie wyszłam za mąż w wieku 20 lat. Dopiero w latach 50-tych znalazłam się w Kraśniku. Doczekałam się licznej rodziny. Współuczestniczyłam przy zakładaniu Wspólnoty Krwi Chrystusa przy parafii WNMP. Z dziewczęcych lat, z pobytu na ziemi wołyńskiej pozostały mi patriotyczne wspomnienia. Przekazane w domu rodzinnym przez starsze rodzeństwo. Jest to wiersz „11 Listopad” i pieśń „Orlęta lwowskie”.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: